Następnego dnia obudziłam się. Pamiętałam co się działo w nocy. Wstałam z łóżka i włączyłam sobie album Dawida Kwiadkowskiego. Ubrałam się. Muzyka leciała dość głośno. No cóż musiałam się obudzić. Nagle dostałam telefon. Wyłączyłam gwałtownie muzykę i odebrałam telefon.
-Halo?- Powidziałam odbierając nieznajomy numer
-Tu Ewelina Gosiaska. Recepcionistka szpitala. Czy z tej strony Monika Vessa ?- Zapytała całkiem spokojnie
- Tak, Monika.-Powiedziałam już wystraszona wiedząc że coś się stało.-Coś się stało?
-Tak, Mateusz Rossa jest u nas w szpitalu w stanie krytycznym.
-Że co?!?!?!?!- Powiedziałam kompletnie przerażona i blada
-Jest pani wzywana do szpitala.
-Dobrze zaraz będę.
Rozłączyłam się i telefon wrzuciłam do torebki.Powiedziałam rodzicom jak jest i wyszłam szybko z domu. Poszłam szybko szpitalu. Przerażona przechodziłam przez próg szpitala. Byłam kompletnie blada i zmartwiona. Podeszłam do recepcji.
-Dzień dobry Monika Vessa.-Uświadomiłam recepcjonistke
-Dobrze że pani jest.-Poinformowała mnie dość wysoka kobieta z blond włosami i niebieskimi oczami.
- Co się stało Mateuszowi ?!- Powiedziałam już przerażona kompletnie.
- Więc... Dostaliśmy zgłoszenie że młody chłopak leży zakrwawiony w śniegu. I że jest nieprzytomny ale oddycha.
-Boże złoty to się musiało stać jak wracał ode mnie. -Pomyślałam
Recepcionistka kazała pielegniarce mnie do niego zabrać. Weszłam na sale. W moich oczach pojawiły się łzy. Mateusz miał stabilizator na szyje, miał złamany nos, zszyty łuk brwiowy, poranione ręce. Ktoś go pobił pytanie , tylko kto? To mnie interesowało. Usiadłam koło niego. Chwyciłam go za rękę w której były złamane dwa paliczki. Siedziałam tak cały dzień. Płakałam. Położyłam jego rękę na swoim policzku. Mój wzrok sięgał na koniec sali, nie mogłam patrzeć na Mateusza w tym stanie. Przez to że miałam jego rękę na policzku miał ją całą mokrą. Nagle po 6 godzinach ciszy i bezruchu poczułam jak Mateusz głaszcze mnie po policzku. Spojrzałam na niego, chciało mi się bardziej płakać gdy spojrzałam na niego a on był w tym stanie. Nadal byłam blada i zmartwiona. Te zielone lśniące oczy Mateusza zawsze wyrażały Radość, szczęście i miłość. Teraz smutek, ból, przerażenie. Odezwał się do mnie prubując się uśmiechnąć.
-Ej... Kotek nie płacz, jest dobrze.-Powiedział pocieszająco Mati.
-Tak... łatwo ci mówić- Powiedziałam już coraz bardziej płacząc- Ja nie wiem co był zrobiła jakby coś ci sie stało.
Mateusz usiadł na łóżku szpitalnym i na siłę wziął mnie na kolana. Wycierał mi łzy. Uśmiechnęłam się do niego. Mateusz zaczął mnie całować jak tylko się uśmiechnęłam.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz